Rankiem, 9 listopada 2017 r, do gdańskiego Naftoportu zawinął tankowiec St. Helen z ładunkiem 600 tys. baryłek, czyli ok. 80 tys. ton ropy naftowej z USA. To pierwsza, ale jak zapewniają przedstawiciele grupy Lotos, nie ostatnia  dostawa amerykańskiego surowca do rafinerii w Gdańsku. W zakładach trwają testy ropy z Ameryki Północnej, rozpoczęte we wrześniu, kiedy z Kanady przypłynęło jej 100 tys. ton, po raz pierwszy w historii zakupionej przez Lotos w tamtym regionie świata. Jednak palma pierwszeństwa należy się innemu potentatowi z tej branży, bo import ze Stanów Zjednoczonych zainicjował Orlen, który sprowadzał surowiec o parametrach ściśle sprecyzowanych, tak zwany WTI. Lotos zdecydował się na ropę DSW, nie podlegającą już tak ostrym wymaganiom, ale mimo to charakteryzującą się niską zawartością siarki. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że im niższa zawartość tego pierwiastka, tym prostszy jest proces produkcji nowoczesnych paliw, które de facto nie powinny zawierać go w ogóle. Różnica pomiędzy ropą REBCO z rosyjskich źródeł, która może zawierać do 1,8% siarki, a amerykańskim surowcem WTI, o jej maksymalnej, dopuszczalnej zawartości 0,42%, mówi sama za siebie. Jak podkreślają przedstawiciele Lotosu, import ropy z różnych źródeł jest uwarunkowany efektywnością technologiczną i ekonomiczną. Nie można zapominać, że jest to również element strategicznych działań wzmacniających bezpieczeństwo energetyczne kraju.
ropa. paliwo, USA, tankowanie, PKN ORLEN, baryłka, ropa naftowa

Zobacz także